Blog

Pamiętam rozmowę z ojcem, który powiedział mi coś, co zostało ze mną do dziś.
Rozmawialiśmy online. Gdzieś w tle, za jego ramieniem, bawiło się jego czteroletnie dziecko. A on patrzył w ekran i mówił cicho: „Chcę bardzo chronić wartość mojego syna. Ale zdałem sobie sprawę, że sam jej nie czuję. I czasami – wstyd mi to powiedzieć – nawet mu zazdroszczę. Że on jest tak zaopiekowany. Że ktoś go widzi.”
Zrobiła się chwila ciszy.
Zapytałam go wtedy: „A jak myślisz – gdybyś zapytał swojego synka, czy jesteś dla niego wartością, miałby jakąkolwiek wątpliwość?”
Nie odpowiedział od razu. Spojrzał na chłopca w tle. I chyba wiedział, że odpowiedź jest oczywista.
Oczywiście, że nie miałby wątpliwości.
O tym właśnie chcę dziś pisać. Nie o wartości jako pojęciu filozoficznym, choć jest w tym coś głęboko filozoficznego. Ale o tej konkretnej, codziennej przepaści między posiadaniem wartości a czuciem jej.
Bo te dwie rzeczy to nie jest to samo.
Masz wartość – po prostu dlatego, że żyjesz. To nie jest frazes. To jest fundament. Życie jest wartością samą w sobie i nic, co się nam przydarzyło, nie jest w stanie tej wartości odebrać. Nawet jeśli przez lata ktoś nam dawał do zrozumienia coś zupełnie innego.
Ale czucie tej wartości – to jest już zupełnie inna historia.
Można żyć i nie czuć, że się żyje. Można działać, osiągać, pracować, być rodzicem, partnerem, człowiekiem – i jednocześnie gdzieś w środku mieć poczucie, że się jest trochę jak robot. Że coś się robi, ale nie czuje. To nie jest metafora. To jest stan, który znam z własnego doświadczenia i który rozpoznaję u bardzo wielu ludzi, z którymi pracuję.
Skąd bierze się to nieczucie?
Duńczyk Jesper Juul, jeden z pedagogów, których myśl bardzo cenię, zwracał uwagę na coś, co w psychologii często nam umyka: że mylimy poczucie własnej wartości z poczuciem kompetencji.
To są dwie zupełnie różne rzeczy.
Poczucie własnej wartości jest fundamentalne. Jest związane z godnością. Z tym, że jestem, że czegoś chcę, że mam prawo tu być. Nie dlatego, że coś osiągnęłam. Nie dlatego, że dobrze mi idzie w pracy albo że dzieci mnie słuchają. Po prostu dlatego, że żyję.
Poczucie kompetencji – pewność siebie, skuteczność, poczucie że daję radę – to jest coś, co nabywamy w ciągu życia. I to jest piękne. Kompetencje mogą nawet wspierać i wzmacniać nasze poczucie wartości. Ale nie mogą go zastąpić.
I tutaj jest ta pułapka, w którą wpadamy.
Jeśli w dzieciństwie nie dostaliśmy wystarczającego potwierdzenia, że jesteśmy wartością – nie dlatego, że coś zrobiliśmy dobrze, ale po prostu dlatego, że jesteśmy – to bardzo często przez całe dorosłe życie próbujemy tę dziurę wypełnić kompetencjami. Osiągamy więcej. Pracujemy ciężej. Staramy się być lepszymi rodzicami, lepszymi partnerami, lepszymi ludźmi.
I to wyczerpuje. I nie wypełnia tej dziury.
Dziecko nie ma wątpliwości
Wracam do tego ojca.
On zazdrościł synkowi nie dlatego, że był złym ojcem. Wręcz przeciwnie – był bardzo uważnym ojcem, skoro to w ogóle zobaczył. Zazdrościł, bo przypomniał sobie coś z własnego dzieciństwa. Że on takiego zaopiekowania nie dostał. Że nikt nie potwierdzał jego wartości w taki sposób, w jaki on teraz potwierdzał ją synowi.
Dzieci, które przychodzą na świat, nie mają wątpliwości co do swojej wartości. Gdyby miały, prawdopodobnie by nie przeżyły. Bo to, ile kosztuje opieka nad niemowlęciem, ile musi dać z siebie rodzic w tych pierwszych miesiącach i latach – to jest możliwe tylko wtedy, kiedy to dziecko domaga się życia całym sobą. Kiedy krzyczy: jestem i potrzebuję ciebie.
I my, rodzice, odpowiadamy na ten krzyk.
Ale żeby odpowiedzieć – musimy sami czuć, że żyjemy. Że jesteśmy. Że coś nas cieszy i coś sprawia nam ból. Że nasze potrzeby też istnieją, że mają znaczenie. Że my też jesteśmy wartością – nie tylko jako rodzice, nie tylko jako partnerzy, ale po prostu jako ludzie.
Porozumienie bez Przemocy nie jest metodą komunikacji. Przynajmniej nie tylko metodą komunikacji. To jest – jak mówił Marshall Rosenberg – język potrzebocentryczny. A potrzeby to są wartości, które chronią fundamentalną wartość, jaką jest nasze życie.
Kiedy uczę się nazywać swoje potrzeby, kiedy mówię: nie podoba mi się, kiedy…, bo potrzebuję… – nie robię tego, żeby manipulować rozmową ani żeby „wygrać” w konflikcie. Robię to, żeby się pokazać. Żeby powiedzieć: jestem tutaj. Czegoś chcę. Mam prawo tego chcieć.
To jest chronienie własnej wartości w praktyce.
Zdanie Marshalla Rosenberga, które pamiętam od lat: kiedy człowiek odkryje swoje potrzeby, kiedy dotknie i poczuje, że ma prawo je mieć – nikt nie jest w stanie go zniewolić.
Znam to z własnego życia. Miałam w nim okresy, kiedy naprawdę nie byłam pewna swojej wartości. Kiedy szukałam jej w kompetencjach, w osiągnięciach, w tym, że jestem potrzebna. Ale gdzieś w środku było coś, co się nie poddawało. Jakaś bardzo mała dziewczynka, która uwielbiała żyć, biegać, przyglądać się światu – i która wiedziała, że to życie jest jej.
I to wiedzenie – ono wróciło. Da się je odbudować. Jesper Juul twierdził, że nie, że pewnych rzeczy nie da się nadrobić. Ja się z nim nie zgadzam. Widziałam zbyt wiele osób, które odzyskiwały siebie.
Jedno pytanie na dziś
Jeśli coś z tego, co piszę, rezonuje – zapraszam do jednego prostego ćwiczenia.
Zapytaj siebie dziś wieczorem, zupełnie poważnie: Czy jestem dla kogoś wartością? Nie „czy jestem kompetentny”, nie „czy daję radę” – ale właśnie: czy jest ktoś, dla kogo moja obecność, moje życie, to że jestem – ma znaczenie?
Prawdopodobnie odpowiedź jest oczywista. Tak jak była oczywista dla tego ojca, który spojrzał na synka bawiącego się w tle.
I może właśnie od tej oczywistości warto zacząć.
Jeśli chcesz pogłębić te tematy – zapraszam na moje treningi NVC. Pracujemy między innymi z poczuciem własnej wartości, z potrzebami relacyjnymi, z tym jak chronić siebie w kontakcie z innymi.
Zofia
Data napisania artykułu: 2026-04-27