Blog

Trzylatek wraca z przedszkola i mówi: „Spierdalaj, mamo”.
Pierwszy odruch większości z nas to zbić to słowo z powierzchni – zakazać, upomnieć, czasem się przestraszyć. Ja pytam inaczej: „A co ty za słowa mówisz?”. Nie po to, żeby dziecko się zawstydziło. Pytam, bo chcę wiedzieć, co się za tym słowem kryje.
I to jest właściwie cały ten artykuł w jednym zdaniu: słowo wulgarne prawie nigdy nie jest problemem samym w sobie. Problemem jest to, czego za nim nie słyszymy – gniewu, granicy, potrzeby ochrony siebie. Kiedy skupiamy się na słowie, a nie na tym, co ono niesie, zaczynamy walczyć z dźwiękiem zamiast z prawdziwą sprawą. I to dotyczy nie tylko dzieci. Dotyczy też nas, dorosłych, i tego, jak sami radzimy sobie z własnym gniewem.
Z tego artykułu dowiesz się:
Lubię drążyć. Lubię zadawać pytania i szukać odpowiedzi w samym języku, bo język jest fantastycznym nauczycielem – pomaga mi się orientować pomiędzy ludźmi, kiedy nie tylko znam znaczenie słów, ale też wiem, kiedy i jak ich używać.
Zacznijmy więc od źródła. Słowo „wulgarny” pochodzi z łaciny – od vulgus, vulgaris. Pierwotnie oznaczało po prostu: potoczny, codzienny, ludowy, pospolity, powszechny. Vulgus to lud. Wulgarny to ten, kto mówi tak, jak mówi zwykły człowiek na ulicy – a nie ten, kto mówi „źle”.
A samo słowo, które chyba najczęściej przychodzi nam do głowy, kiedy myślimy o przekleństwach – „kurwa” – podobno wywodzi się z łaciny od słowa oznaczającego „krzywa”, „zakręcona”. Nie jestem językoznawczynią i nie znam włoskiego na tyle, żeby się tym chwalić, ale ten trop – coś zakręconego, wykrzywionego – bardzo mi się podoba, bo dobrze oddaje to, jak te słowa działają. One są jak zakręt w zdaniu. Nagle, mocno, bez uprzedzenia.
I tu jest dla mnie sedno: kiedy znamy sens słów, przestajemy się ich bać i przestajemy nadawać im nasze własne, emocjonalne znaczenie. Myślę, że cały ten galimatias wokół słów wulgarnych bierze się właśnie stąd, że my tych słów tak naprawdę nie rozumiemy. Nie znamy ich historii, więc reagujemy na sam dźwięk, na samo brzmienie – i wtedy bardzo łatwo się w te emocje wkręcamy. A kiedy się wkręcamy, gubimy kontekst, gubimy sens, gubimy się. I gubimy też tych, którzy tych słów używają.
Powiem od razu coś, co niektórych zaskoczy: ja się tych słów nie boję. Somatycznie przeżywam mowę bardzo mocno – mam wrażliwe ucho, wrażliwe oko, lubię czuć energię słowa, nawet tego najbrzydszego. I kiedy się tymi słowami cieszę, one przestają mnie prześladować. Nie muszę się ich wstydzić ani ukrywać, bo wiem, dlaczego je mówię i co niosą.
Pamiętam pewien moment na moim Facebooku, w czasie dużych demonstracji w Polsce. Podobał mi się jakiś mem z ośmioma gwiazdkami zamiast wulgarnego słowa i po prostu go udostępniłam – na profilu, który obserwują trenerzy i trenerki Porozumienia bez Przemocy, ludzie dyplomatyczni i kulturalni.
To był czas, kiedy to jedno, wulgarne słowo bardzo pięknie pokazywało nasz sprzeciw i nasz gniew – gniew, na który wcześniej, wyrażony w sposób kulturalny, nie było dostatecznie dużo miejsca. Nie wierzę, że ludzie, którzy najgłośniej krytykowali tamte słowa, sami nigdy ich nie używają – w kuchni, w przedpokoju, do poduszki. Po prostu czasem gniew potrzebuje ujścia. Pamiętam filmik z czasów pandemii: mężczyzna otwiera okno, kłania się sąsiadom z różnych stron miasta, a na końcu rozwija transparent z jednym słowem. I tyle. Taka ulga na końcu.
Chcę jednak od razu zaznaczyć – bo to nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać z tego, co dotąd napisałam – że nie chodzi mi o pochwałę wulgarności samej w sobie. Chodzi mi o coś innego: o to, żebyśmy usłyszeli, co się za tymi słowami kryje, zanim ocenimy człowieka, który ich użył.
Kiedy o tym wszystkim mówię, wraca do mnie moje własne dzieciństwo. Wychowywałam się w latach 70. i 80., kiedy wulgarnych słów było w otoczeniu mnóstwo, ale mnie samej absolutnie nie wolno było ich używać. Za takie słowo dziecko mogło dostać po buzi. „Wyparzę ci tę mordę” – to było zdanie, które słyszałam. Niewyparzona morda mówiła to, czego nie wolno było powiedzieć wyparzonej.
Wychowano mnie w przekonaniu, że użycie mocnego słowa to grzech, a grzesznik to ktoś wykluczony – ktoś, kto nie ma prawa być usłyszany. Myślę dzisiaj, że to był szczyt przemocy. Nie dlatego, że ktoś mnie uderzył za słowo. Dlatego, że zamknięto mi dostęp do bycia słyszaną z moim gniewem.
Ta trauma wtłaczania gniewu do gardła pewnie zawsze będzie mi towarzyszyć w jakiejś formie. Już nie plącze mi się tak pod nogami jak kiedyś, nie przeszkadza mi aż tak bardzo w relacjach z ludźmi, ale się odzywa. I mówię to wam wprost, bo jestem trenerką, która trochę chodzi po bandzie – mówię, że stosowałam przemoc wobec własnego syna, że dawałam mu klapsy, że w słowach czasem jestem bardzo mocna, czasem wulgarna, mimo że jako dziecko nią nie byłam, bo mi nie wolno było.
Tu dochodzimy do rzeczy, która jest dla mnie najważniejsza w tym wszystkim: gniew jest związany z przekroczeniem granic, z odbieraniem wolności i autonomii. Kiedy ktoś mówi „wypierdalaj z mojego terytorium”, to słowo niesie więcej mocy niż „odsuń się” czy „wyjdź z mojego terytorium”. Nie dlatego, że jest gorsze. Dlatego, że jest mocniejsze – a czasem właśnie tyle mocy potrzeba, żeby ochronić granicę.
Gdyby ten gniew był słyszany, gdyby granice, które on chroni, były brane pod uwagę, nie musielibyśmy dzielić ludzi na tych „lepszego sortu” – dyplomatów, którzy nigdy nie przeklinają – i tych „gorszego sortu”, plebs, prostych, pospolitych. Chciałabym zobaczyć tych grzecznych, ugrzecznionych dyplomatów, którzy naprawdę nigdy nie używają mocnych słów.
Ale – i to jest ta druga strona, o której nie chcę milczeć – te same słowa mogą też naruszać granicę drugiej osoby. Jest ogromna różnica między „wypierdalaj z mojego terytorium”, czyli wyrażeniem własnego gniewu w obronie siebie, a „odpierdol się, ty kurwo” rzuconym w kogoś, żeby go poniżyć, nazwać dupkiem, głupkiem. To pierwsze to wyrażenie siebie. To drugie to wyrzucenie gniewu na kogoś – obrzucenie nim drugiego człowieka.
Ja sama, kiedy czuję gniew, staram się go nie wyrzucać, tylko wziąć pod uwagę. Nie musimy go marnować. Gniew, który nie jest wypluty na drugiego człowieka, tylko usłyszany w dialogu – „masz w sobie tyle gniewu, a ja go słyszę” – nie musi ranić nikogo.
Dzieci porozumiewają się językiem, który nazywam osobistym. To był Jesper Juul, mój nauczyciel obok Marshalla Rosenberga, który rozróżnił język osobisty od języka społecznego – język osobisty to język emocji, uczuć, potrzeb, którym mówią dzieci, zanim nauczą się reguł „kulturalnej” rozmowy.
Zanim dziecko sięgnie po mocne słowo, mówi „nie”. Mówi „dosyć”, „przestań”, „uspokój się”. Czasem, kiedy zwracamy się do niego zbyt natarczywie, mówi: „odsuń się, głupia mamo”. Dopiero później zauważa, że istnieją słowa mocniejsze niż „przestań” czy „odsuń się” – i zaczyna po nie sięgać.
Gdybyśmy usłyszeli, że za wulgarnym słowem kryje się dokładnie to samo, co dziecko chciało powiedzieć wcześniej – „wyjdź z moich granic” – nie robilibyśmy dzieciom z tego problemu. One po prostu wiedziałyby, że sięgnęły po moc, żeby ochronić granicę. Także przed nami, rodzicami – bo my, w imię wychowania do „życia kulturalnego”, sami tę granicę bardzo często naruszamy.
W tym temacie moimi najważniejszymi konsultantami byli Daniel i Marysia – jedenaście i dziewięć lat, dzieci wychowywane w dialogu, które wiedzą, że kiedy pytam je o zdanie, naprawdę biorę to poważnie.
Daniel powiedział mi coś, co uważam za bardzo trafne: to wszystko naprawdę zależy od tego, kiedy i jak te słowa są używane. Dzieci czują, że w tych słowach jest dużo mocy. I są trudne wtedy, kiedy niosą dużo gniewu, dużo złości – co nie dziwi, bo złość, kiedy nie jest wzięta pod uwagę, bardzo łatwo wylewa się poza granicę.
Daniel opowiedział mi też, jak to wyglądało, zanim jego rodzice poznali dialog. Mama mówiła mu, żeby nie mówił tych słów. I to mu nie pomagało. Bo co może zrobić dziecko pełne gniewu, które używa najprostszego, najszybszego, najgłośniej brzmiącego słowa, jakie zna? Może je tylko połknąć. A to, co połknięte, nie znika – wraca, kiedy najmniej się tego spodziewamy.
Myślę, że to jest sedno przemocy, o której tu mówię: nie samo słowo, ale to, że emocja – gniew, sprzeciw, niezgoda – nie zostaje usłyszana, nie zostaje wzięta pod uwagę. Kiedy nie mamy słuchacza dla naszego gniewu, ten gniew zostaje sam. I to jest dla mnie znacznie bardziej niepokojące niż samo brzydkie słowo.
Dlaczego więc rodzice to robią? Dlaczego wtłaczają dziecku gniew z powrotem do gardła? Odpowiedź jest prosta: bo się boją. Boją się mocy, jaka jest w tych słowach. A kiedy gniew spotyka się z lękiem bez dialogu – bez wzajemnego słuchania, bez spotkania na granicy naszych dwóch terytoriów – robi się bałagan.
Rodzice boją się o bezpieczeństwo dzieci. Boją się, że dziecko wyjdzie do szkoły i będzie jedynym, które przeklina, bo inne rodziny już te słowa swoim dzieciom wtłoczyły z powrotem do środka. Boją się, że ich dziecko będzie traktowane jak ten „gorszy sort”. I to ma sens – to jest realny lęk o dziecko, w społeczeństwie, które ciągle dzieli ludzi na dyplomatów i plebs.
Ale ten lęk ma swoją cenę. Kiedy dziecko dorasta, ten sam mechanizm, który miał je chronić, zaczyna działać przeciwko relacji. Nastolatek pokazuje nam trzeci palec i zdaje się mówić: całą tą swoją uporządkowaną, matczystą teorią nie słyszysz mnie, nie widzisz mnie, nie wiesz, że jestem tutaj, a ty się właśnie kończysz.
Bo matka się kończy, kiedy dziecko zaczyna dorastać. Mamy jako matki mniej więcej dziesięć lat na to, żeby dojrzeć do macierzyństwa nastolatka. Ostatecznie rodzicielstwo – matczystwo – kończy się dopiero wtedy, kiedy rodzą się dzieci naszych dzieci.
Nazywam to, co wtedy zostaje, językiem matczystym. To określenie sama wprowadziłam, jako kalkę z angielskiego mother tongue – bo w polskim mamy już „ojczysty”, więc oddałam matce „matczysty”. To język naszego rodzinnego domu, pełen nawyków i schematów, ale też – i to jest ważne – język traumy. Trudno się go pozbyć, bo wciąż brzmi w naszych uszach.
Wierzę, że gdyby matki nie musiały nosić naszego gniewu w samotności, tylko dzielić go ze wspólnotą, nie balibyśmy się dziś tak bardzo swojego gniewu ani gniewu naszych dzieci. Podoba mi się słowo razemność – razem noszenie bólu, razem noszenie gniewu. To go odróżnia od gniewu wypluwanego na kogoś albo połykanego w samotności.
Wróćmy do tego trzylatka.
„Spierdalaj, mamo” – mówi. „A co ty za słowa mówisz?” – pytam, bez oburzenia, z prawdziwą ciekawością. „No jak to? Takie w przedszkolu ktoś powiedział.” „A co? A co i co?” „No pani powiedziała, że nie wolno.” „No to chcę cię o coś zapytać – ale co to właściwie jest?”
I mamy dialog. Nie musiałam się bać ani jednego słowa, żeby do niego dojść.
Nie boję się usłyszeć wulgarnego słowa od trzylatka ani od nastolatka. Wiem, jaka jest moja orientacja: nie ma gorszego sortu, nie ma lepszego. Z tego, co mówią mi moje własne doświadczenia i doświadczenia dzieci, z którymi rozmawiałam, wynika kilka rzeczy, które staram się robić:
To ostatnie jest dla mnie szczególnie ważne. Moja córka powiedziała mi kiedyś: „Mamo, za dużo tych słów”. Marysia, moja młodsza konsultantka, mówiła podobnie – że ludzie, którzy przeklinają bardzo dużo, robią to czasem niepotrzebnie, że ona to po prostu czuje, bez żadnego pouczania. Biorę to jako ważny przekaz. Kiedy moja córka mówi mi, że jest tego za dużo, ona pokazuje mi swoją granicę – a mój gniew, zawarty w wulgarnych słowach, może tę granicę przekraczać i wtedy staje się przemocowy.
Nie jestem za tym, żeby przy dzieciach mówić językiem wulgarnym, a już zwłaszcza językiem traumy. Ale z drugiej strony, kiedy mi się to zdarzy, nie wyrzekam się tych słów jako takich. Po prostu, kiedy dziecko mi mówi, że tego za dużo – słucham.
Pamiętam też inną scenę, ze starszym już synem, czternasto-, piętnastoletnim. Wchodziłam do jego pokoju, żeby zmienić pościel, kiedy on prowadził jakąś rozmowę z kolegami online. „Odwal się” – powiedział. Był to trochę szok: to dziecko, do którego przychodzę z pełnym „serwisem hotelowym”, mówi coś takiego do mamy? Na szczęście wtedy zamilkłam. Uszy miałam wystarczająco duże i słuchające – i usłyszałam, że to było bardzo uzasadnione, bardzo sensowne. Byłam mu za to wdzięczna. Bo dialog zaczyna się od słuchania. I będę to powtarzać z uporem maniaka.
Jest jeszcze jedna rzecz, którą chcę doprecyzować, bo łatwo ją pomylić z pobłażaniem. Kiedy mówię, że nie boję się mocnych słów, nie mówię, że wszystko wolno w każdych okolicznościach. Jako trenerka też czasem używam mocnego słowa – i jeśli ktoś mi wtedy powie: „proszę cię, nie rób tego”, słyszę to, bo reguluję swój gniew. Zarządzam nim, zamiast go tłumić albo dawać mu pełną władzę nad sobą.
To jest różnica, na której mi zależy: mój lęk jest o mnie. Gniew drugiej osoby, skierowany w moją stronę, jest o niej. Kiedy to rozdzielam, mogę słyszeć „mamo, tego nie mów, już za dużo” — i słyszeć w tym troskę o granicę, a nie zamach na mnie.
Nie chodzi więc o to, żeby przestać przejmować się słowami – ani o to, żeby przestać się nimi przejmować całkowicie. Chodzi o to, żeby przesunąć uwagę: z samego słowa na gniew, który za nim stoi, i na granicę, której ten gniew broni. Kiedy tę granicę słyszymy – u dziecka, u nastolatka, u siebie samej – mocne słowo przestaje być zagrożeniem. Staje się po prostu informacją.
Czy przeklinanie dziecka to zawsze przejaw agresji?
Nie. Wulgarne słowo najczęściej jest wyrazem gniewu, który chroni jakąś granicę – swoją przestrzeń, swoją autonomię. Staje się przemocowe dopiero wtedy, gdy służy do obrażania drugiej osoby, a nie do wyrażenia siebie.
Co zrobić, gdy moje dziecko zaczyna używać wulgarnych słów?
Najpierw słuchać, zamiast reagować na samo słowo. Zapytać, skąd je zna i co chciało nim powiedzieć – często okaże się, że za mocnym słowem stoi zwykłe „przestań” albo „wyjdź z moich granic”, tylko wyrażone mocniej.
Czy zakazywanie dzieciom przeklinania w ogóle działa?
Z mojego doświadczenia i rozmów z dziećmi wynika, że nie. Zakaz nie usuwa gniewu, który za słowem stoi 0 dziecko po prostu go połyka. A to, co połknięte, wraca później, często w gorszej formie.
Skąd właściwie wzięło się słowo „wulgarny”?
Z łaciny, od vulgus (lud). Pierwotnie oznaczało po prostu język potoczny, powszechny, ludowy – nie coś złego czy zakazanego.
Czy to znaczy, że mam pozwalać dziecku przeklinać bez żadnych granic?
Nie. Sama nie jestem za tym, żeby przy dzieciach używać języka wulgarnego, a zwłaszcza języka traumy. Chodzi o coś innego: o to, żeby granice ustalać w dialogu, a nie przez zakaz i wstyd – i żeby też słyszeć, kiedy to nasze słowa są za mocne dla kogoś, kogo kochamy.
Jak odróżnić gniew wyrażony od gniewu, który rani drugą osobę?
„Wypierdalaj z mojego terytorium” broni granicy – mówi o mnie i o tym, czego potrzebuję. „Odpierdol się, ty kurwo” rzucone w kogoś jako obelga już tę granicę narusza – bo służy do wyrzucenia gniewu na drugiego człowieka, a nie do zaopiekowania się swoim.
Jeśli poczułaś albo poczułeś, że słuchanie gniewu – swojego i dziecka – to coś, czego chcesz się nauczyć praktycznie, a nie tylko o tym przeczytać, zapraszam na szkolenia z Uważnego Dialogu w Szkole Empatii i Dialogu. Zaczynamy zawsze od tego samego: od słuchania. Resztę ćwiczymy razem. Więcej o samej strukturze dialogu piszę też w książce „Dialog zamiast kar”.
Zofia
Jeśli ten temat jest Ci bliski, przygotowałam krótki bezpłatny materiał „5 rzeczy, których nie wiesz o konflikcie”. Piszę w nim o tym, co dzieje się między ludźmi, kiedy rozmowa zaczyna robić się trudna – i co pomaga nie zgubić kontaktu.
Pobierz bezpłatny materiał >>>
Jeśli interesuje Cię praca z konfliktem i chcesz zacząć we własnym tempie, możesz skorzystać z kursu online „Jak uratować dialog w konflikcie?” – pięciu lekcji poświęconych eskalacji konfliktu, strukturze dialogu i odzyskiwaniu kontaktu.
Zobacz kurs online
Jeśli natomiast chcesz tego nie tylko słuchać i czytać, ale przede wszystkim ćwiczyć z ludźmi, zobacz Intensywny Trening NVC i Uważnego Dialogu – 12 dni pracy w stałej grupie, rozłożonych na cztery moduły.
Zobacz Intensywny Trening
Zofia Schacht-Petersen – certyfikowana trenerka NVC, terapeutka traumy, założycielka Szkoły Empatii i Dialogu, autorka książek „Dialog zamiast kar” i „Wychowanie bez klapsa. Porozumienie bez przemocy”.
Data napisania artykułu: 2026-09-25